- Przychód PZPN za 2023 sięgnął blisko 400 mln zł. Zapewne przed wyborami obecne władze pochwalą się jeszcze wyższymi kwotami za rok 2024, bo najnowsze sprawozdanie powinno być podpisane (nie mylić z opublikowaniem) do 31 marca
- Żeby zdać sobie sprawę, o co toczy się gra, warto zerknąć w ostatnie opublikowane sprawozdanie za rok 2023, z którego dowiadujemy się, na czym dokładnie i ile zarabia piłkarski związek
- Kwoty są zawrotne, pozwalające na poczucie realnej władzy. Być może jest to jednym z powodów prób zabetonowania wyborów
PZPN i ogromna umowa z Orlenem. Ale nie tylko
PZPN nie zawsze był organizacją, której skarbiec pękał w szwach, ale aktualnie trudno kłócić się z takim stwierdzeniem. Fundamenty pod obecną sytuację wylała dziewięcioletnia kadencja Zbigniewa Bońka, pod którego sterem związek wypłynął na nieznane do tamtego momentu finansowe wody, natomiast po zmianie prezesa trzeba przyznać, że Cezary Kulesza pod tym kątem nie tylko nie zaprzepaścił dorobku swojego poprzednika, ale nawet dołożył coś od siebie.
To za czasów Kuleszy PZPN podpisał największy kontrakt sponsorski w swojej historii – według Onetu całościowo – zatem w latach 2023-2026 – warty między 134, a 170 mln zł (w zależności od wyników sportowych). Nie było tajemnicą, że obecny prezes PZPN bardzo dobrze żył z politykami poprzedniej władzy, co na pewno nie było bez znaczenia w negocjacji tamtej umowy. Kulesza mógł się przekonać, że jest to broń obosieczna – po dojściu do władzy ówczesnej opozycji, Orlen chciał rozwiązać umowę z PZPN. Ireneusz Fąfara, następca Daniela Obajtka na stanowisku prezesa koncernu, mówił o tym wprost na jednej z konferencji prasowych, zaznaczając jednak, że kontrakt jest tak skonstruowany, że jego przedwczesne terminowanie byłoby dla Orlenu niekorzystna. – Z umowy z PZPN nie możemy się wycofać. Ona jest tak skonstruowana, że jest praktycznie nierozwiązywalna. Nie znam szczegółów, ale analizowaliśmy taką możliwość kilka razy – zdradził.
Czytaj inne teksty w tematyce PZPN:
- Mieczysław Golba, czyli polityka, piłka i walka… o krzesło na stadionie. Zaglądamy za kulisy PZPN
- “Działacz z lat 90. Wyrósł z nienawiści do Bońka”. Jak Henryk Kula stał się pierwszym po Kuleszy
- Przerwane milczenie wielkiego partnera PZPN. W tle prowizje, wpływ na Kuleszę, konflikt z piłkarzami
To jest jednak problem Orlenu, nie PZPN – a przynajmniej nie w tym momencie. Związek boryka się od dłuższego czasu z kłopotami wizerunkowymi, natomiast finansowo wygląda doskonale. W sprawozdaniu finansowym za 2023 rok widzimy, że roczny przychód to blisko 395,5 mln zł. Jest niższy niż za rok wcześniejszy (438,3 mln), jednak trzeba wziąć pod uwagę, że w przeciwieństwie do 2023, w 2022 roku był rozgrywany wielki turniej (mistrzostwa świata w Katarze), na którym PZPN miał okazję zarobić. Można się zatem spodziewać, że kwoty za 2024 – gdy graliśmy na Euro – będą jeszcze bardziej imponujące.
Zwłaszcza, że przychody to jedno, a kapitał własny i wyraźnie rosnący trend nawet w latach bez wielkiego turnieju – drugie. Gdy spojrzymy na kwotę kapitału własnego na koniec 2023 roku, był on nieznacznie wyższy niż 12 miesięcy wcześniej i wynosił 259,2 mln zł, podczas gdy w 2022 – 254,7 mln. W inwestycjach długoterminowych i krótkoterminowych związek posiadał w obligacjach 220 mln zł.
Kasa z biletów, kasa z Ministerstwa Sportu i Ministerstwa… Edukacji
Związek oczywiście nie zarabia jedynie na umowie z Orlenem – wyróżniliśmy ją jedynie ze względu na jej wielkość. Ze sprawozdania finansowego mogliśmy natomiast wyczytać także, że przychody w 2023 wyniosły:
- Ze sprzedaży biletów – 61,2 mln zł
- Z umów sponsorskich, reklamowych, marketingowych i praw telewizyjnych: 192,8 mln zł
- Od FIFA i UEFA – 22,9 mln zł (UEFA: 5,7 mln zł; FIFA: 17,2 mln zł)
- Z tytułu opłat transferowych – 2,8 mln zł
- Z działalności statutowej – 41,3 mln zł
W przychodach widniał też jeszcze jeden istotny punkt. Do związkowej kasy wpłynęło aż 74,2 mln zł z dotacji od dwóch ministerstw. Ministerstwo Sportu i Turystyki przeznaczyło na PZPN 64,1 mln zł, natomiast 10,1 mln zł przelało… Ministerstwo Edukacji.
W porównaniu do 2022 roku w sprawozdaniu nie ma wspomnianych przychodów w związku z udziałem reprezentacji Polski w mistrzostwach świata. Mowa o kwocie 85 mln zł, które wówczas PZPN otrzymał od FIFA, z tytułu umów sponsorskich (związanych z mundialem) oraz sprzedaży biletów i hospitality. Wykazany wówczas koszt związany z mistrzostwami świata to 39 mln zł, zatem mowa o 46 mln zł zysku “na czysto”. W tym kontekście i tak absurdalnie wyglądająca premia za wyjście z grupy, jaką ówczesny premier obiecał piłkarzom i sztabowi (według doniesień medialnych sięgająca 50 mln zł), brzmi jeszcze bardziej absurdalnie.
Warto też zwrócić uwagę na odsetki od lokat i obligacji, jakie w 2023 zarobił PZPN – było to 30,2 mln zł, przy 13,9 mln zł w 2022.
Oglądaj także: Kulesza ma problem. Popłoch w PZPN? Kulisy | Przemowa #98
Kilka niewiadomych
Ze sprawozdania finansowego nie jesteśmy jednak w stanie wyczytać kilku rzeczy, które mogłyby się wydawać interesujące – na przykład wartości kontraktu Fernando Santosa. Ustawa nie nakazuje bowiem aż tak szczegółowych informacji ujawniać, abstrahując od tego, że te kwoty są zapewne objęte tajemnicą handlową.
Nie wiemy również, co się składa na koszty bieżącej działalności statutowej związku, a mowa o kwocie 325,2 mln zł. Jest ona ujęta w sprawozdaniu, jednak nie została rozbita na “części pierwsze”.
Na wynagrodzenia w 2023 roku PZPN przeznaczył 8,3 mln zł (wraz z ZUS kwota rośnie do 10,4 mln zł), co wydaje się kwotą niewygórowaną, gdy weźmie się pod uwagę sam fakt, że zarząd PZPN liczy 20 osób, a pracowników można liczyć w dziesiątkach. Nie da się natomiast z tych danych wyczytać, jakie dokładnie kwoty zarabia się na szczytach władzy w polskiej piłce, jednak sam fakt zarządzania takimi milionami bez wątpienia daje realne poczucie władzy. Trudno się zatem dziwić, że Cezary Kulesza nie będzie chciał jej oddać.
Cezary Kulesza i blokowanie konkurencji
To są rzeczy, które trzeba nagłaśniać – według informacji płynących ze środowiska, obecne władze PZPN liczą, że podmioty udzielające im rekomendacji, swoją drugą rekomendację włożą do niszczarki. O co dokładnie chodzi?
Żeby wystartować w wyborach, trzeba otrzymać 15 rekomendacji. Te podpisać mogą związki wojewódzkie oraz kluby Ekstraklasy i I ligi. To łącznie daje 52 podmioty (16 związków, po 18 klubów Ekstraklasy i I ligi). Każdy może położyć dwie rekomendacje, zatem już w momencie startu ubiegania się po nie, na stole leżą zaledwie 104. Jeśli urzędujący prezes zbierze je u 40 podmiotów – co nie jest jakimś ambitnym wyzwaniem, bo osobie mającej aktualnie władzę trudniej odmówić – a 35 z nich uda się namówić na wyrzucenie drugiej rekomendacji, na rynku pozostanie już tylko 29. To utrudnia działanie ewentualnemu rywalowi, który o prezesurę chciałby powalczyć w sposób demokratyczny – w kampanii i późniejszym głosowaniu delegatów. Dodatkowo zamyka drogę kolejnym kandydatom, którzy siłą rzeczy – gdyby doszło do realizacji tego teoretycznego scenariusza – nie mają już nawet matematycznych szans zebrać wymaganej liczby rekomendacji.
To wszystko wpływa na ostateczny kształt debaty o piłce – okres kampanii nie staje się czasem rozmowy o niej, porównywania programów, wizji, czy wyciągania wniosków, z kim przyszłość rysuje się w bardziej jaskrawych barwach, a polem do działań, by całkowicie taką debatę storpedować. Według zasady – jeśli wyeliminujesz rywala za wczasu, nie będziesz musiał być lepszy od niego. A chyba nie o to powinno chodzić – czy to w piłce, czy w wyborach.
Prym w lobbowaniu za blokowaniem rekomendacji, wieść ma Henryk Kula. Kiedy pisałem dłuższy tekst o jego działalności, jeden z moich rozmówców stwierdził, że to działacz rodem z lat 90., po czym się popawił, twierdząc, że… cofnąłby go jeszcze o dekadę. Być może miał na myśli właśnie taki sposób działania, który trudno nazwać demokratycznym. Taki też obraz śląskiego barona rysuje się w najnowszym wywiadzie Pawła Wojtali dla Weszło. – To on nakręca całą tę akcję blokowania innych kandydatów – mówi Wojtala, kandydat na kandydata w wyborach prezesa PZPN.
I dodaje: – To nie rekomendacje są problemem, tylko mentalność ludzi i ich pomysł na zabetonowanie wyborów. Skoro wykonałeś rewelacyjną pracę, to daj środowisku ją docenić. Ktoś, kto jest pewny siebie i swoich osiągnięć, nie musi namawiać do wyrzucenia drugiej rekomendacji do kosza. I składać obietnic, że jak się odda dwie (w znaczeniu dwie na jednego kandydata, zatem jedną z podpisem, drugą do kosza – przyp. autora tekstu), to można liczyć na miejsce w zarządzie. Albo przypominać, że zaraz zaczyna się proces licencyjny… To pokazuje patologię, która nie powinna się nigdy wydarzyć. Czy ktoś słyszał wcześniej o takich metodach?
Działanie Kuleszy i jego otoczenia w kontekście zbierania rekomendacji przypomina panikę i nie ma nic wspólnego z dbaniem o polską piłkę. Te wybory są o zarządzanie milionami, które wypracował również obecny prezes, ale także o inną stawkę – brak strachu przed rozliczeniem.
Prezesie, ma się pan czym pochwalić, o czym jest też ten tekst. Dlaczego pana zdaniem to może nie wystarczyć?
Komentarze