- Pogoń Szczecin awansowała do drugiego z rzędu finału Pucharu Polski i wcale nie jest skazana na pożarcie podczas kolejnej majówki na Stadionie Narodowym.
- W tym roku “Portowcy” zdążyli już pogodzić się z bankructwem, powitać z euforią nowego właściciela, przekonać się z bólem, że nowy właściciel nie ma za sobą żadnego inwestora ani kapitału a także przeczytać kilkanaście sążnistych oświadczeń, w tym takie dotyczące porwania. A mamy kwiecień.
- Spektakularny zwrot akcji w przypadku Pogoni Szczecin jest tym bardziej efektowny, że może doprowadzić do totalnej rewolucji… w Legii Warszawa.
Pogoń Szczecin i realizm magiczny
Przez kilka tysięcy lat ludzkość poszukiwała odpowiednich środków na opisanie złożoności świata w możliwie jak najbardziej dokładny, jak najbardziej wierny sposób. Nie sprawdziły się do końca malunki na ścianach, nie przekonują wielotomowe rozprawy filozoficzne, ani tym bardziej chłodne i sztywne encyklopedyczne opisy świata widzianego, słyszanego i wyczuwalnego zmysłami. Dopiero dwa tysiące lat po przyjściu Chrystusa udało nam się wymyślić memy i problem został definitywnie rozwiązany. No bo jak tu podejść do losów Pogoni Szczecin na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy? Długo zastanawiałem się, od którego miejsca zacząć, gdzie rozpocząć krojenie tego wielkiego tortu ugotowanego przez całą gromadę cukierników – od Jarosława Mroczka, Eneko Satrusteguiego i Tomasza Kwiatkowskiego, przez Nilo Efforiego, Alexa Haditaghiego oraz firmę Kaczory, aż po Neymara i brytyjskie organy ścigania. W którykolwiek moment historii nie wejdziesz – brakuje kontekstów. Więc zacznijmy od memów – jeden z moich ulubionych w ostatnim czasie, to poobijany, smutny i zły Ryan Gosling za kierownicą samochodu, z podpisem: “może i nie będzie kolejnej randki, ale przynajmniej…” i tutaj dowolny tekst związany z bardzo wąskimi zainteresowaniami niedoszłego amanta. Może i nie będzie kolejnej randki, ale dowiedziała się, jakim zbrodniarzem był Albus Dumbledore. Może i nie będzie kolejnej randki, ale przynajmniej teraz już odróżnia migomat od spawarki.
Może i nie będzie kolejnej randki, ale przynajmniej wie, dlaczego znajomy Justina Biebera kupił Pogoń Szczecin od człowieka, którego porwał Jarosław Mroczek, ale właściwie nie do końca porwał, bo jednak to było nieporozumienie w gorącym okresie walki o to, by piłkarze otrzymali pensję, a mecz ligowy doszedł do skutku.
Rany. Gdy wczoraj Tan Kessler wrzucał pełne emocji tweety, a Alex Haditaghi skakał w górę po kolejnych golach szczecinian w półfinale Pucharu Polski, miewałem momenty zwątpienia w prawdziwość otaczającego mnie świata. Choć Kanadyjczyk perskiego pochodzenia pewnie się ze mną nie zgodzi, uważam, że w tej sytuacji najmocniejszym epitetem jest brak epitetów. Można byłoby się silić na te wszystkie określenia, które znamy już z powitalnego oświadczenia nowego właściciela Pogoni Szczecin: “nieprawdopodobna misja ratunkowa”, “akcja z pogranicza pokera o wysokiej stawce i mistrzowskiej partii szachów”. Brzmi efektownie, ale czy nie mocniejszym środkiem wyrazu w tej sytuacji jest po prostu kronikarska oszczędność?
Zobacz WIDEO: Pogoń Szczecin i pokerowy szach-mat:
2 maja 2024 roku. Anton Chichkan przesuwa piłkę o kilka metrów, sędzia Tomasz Kwiatkowski nie reaguje. I-ligowa Wisła Kraków za sprawą gola Eneko Satrusteguiego ogrywa Pogoń w finale Pucharu Polski, pozbawiając wielomilionowych wpływów za triumf w rozgrywkach, ale i premie od UEFA za udział w europejskich pucharach sezonu 2024/25.
4 stycznia 2025 roku. Piłkarze Pogoni Szczecin odmawiają wyjścia na trening – powodem są rosnące zaległości w wypłatach, ale i brak przedstawienia przez zarządzających klubem jakiegokolwiek pomysłu na wybrnięcie z kłopotów.
14 lutego 2025 roku. Nilo Effori zostaje zaprezentowany jako nowy właściciel Pogoni Szczecin.
8-11 marca 2025 roku. Nilo Effori wydaje oświadczenia, w których informuje między innymi, że został porwany przez Jarosława Mroczka, a także zmuszany do podpisywania dokumentów.
14-17 marca 2025 roku. Alex Haditaghi kupuje klub od poprzednich właścicieli (nie wnikajmy już w detale, kto tak naprawdę komu, co i kiedy sprzedawał).
19 marca 2025. Nilo Effori wydaje oświadczenie, w którym informuje, że jednak nie będzie żądał kary dla porywaczy.
1 kwietnia 2025 roku. Alex Hadtitaghi spłaca 20 milionów złotych najróżniejszego zadłużenia Pogoni Szczecin, a piłkarze jego klubu drugi raz z rzędu zapewniają kibicom wycieczkę na Stadion Narodowy 2 maja.
Kolejka górska, ale w chmurach
A przecież przy wchodzeniu w detale tej opowieści, zabrakłoby nie tylko jednej randki, ale nawet i całego wesela z kiepskim didżejem, gdy przed wejściem i przy stole z kawą zawsze można uciąć 4-godzinną pogawędkę o życiu. Gdyby jakiś kronikarz-masochista próbował podejść do losów Pogoni Szczecin z intensywnym zagłębianiem się w każdy szczegół tej epopei, w każdy wywiad Jarosława Mroczka i każdy tweet Alexa Haditaghiego, prawdopodobnie skończyłby jak ci wszyscy nieszczęśnicy doktoryzujący się z filozofii. Mamy te naprawdę poważne zwroty akcji – grudniowe rozmowy z Haditaghim, potem wywlekanie na światło dzienne wszystkich brudów Pogoni, by wreszcie podać sobie ręce. Mamy piłkarzy najpierw grożących bojkotem, potem zdezorientowanych całą akcją Efforiego, wreszcie piłkarzy szczęśliwych – spłaconych, najedzonych, świętujących pokonanie Puszczy. Mamy kibiców, początkowo zniesmaczonych miejscem, w które zaprowadził ich Jarosław Mroczek, potem nieufnie spoglądających i na Efforiego, i na Haditaghiego, dziś zaś bukujących wolne w pracy na cały pierwszy tydzień maja, ot tak, na wszelki wypadek, gdyby po prawie 80 latach ich klub uznał, że czas zdobyć jakiś tytuł.
Ale ile tam było zwrotów akcji, które nam po prostu umknęły. Gdzieś w krytycznych momentach narzekanie, że Grosicki i inni piłkarze na pewno balowali przed finałem z Wisłą Kraków. Rozliczanie Mroczka z każdej niespełnionej obietnicy. Przeliczanie, ile pieniędzy spośród rekordowych transferów Pogoni ostatecznie trafiało do klubu, a ile ginęło po drodze. Poznawanie samego Alexa Haditaghiego to przecież osobna historia – trzeba się zanurzyć w tym w całości, rozkoszując się zalewem informacji takich jak zarzucanie wiceministrowi sportu w Grecji, że reprezentuje “mroczne siły”. To jest chyba zresztą w tej opowieści najbardziej urocze. Tu nie ma jednoznacznie złych bohaterów, których możesz wytknąć palcem i skazać na wieczną infamię. Koniec końców nawet piłkarze zadedykowali pierwsze zwycięstwo po sprzedaży klubu właśnie Jarosławowi Mroczkowi. Tak, temu samemu, który najpierw negatywnie zweryfikował jako kupca Alexa Haditaghiego, a potem bez przeszkód sprzedał klub Nilo Efforiemu. A Karol Zaborowski? Ktoś jeszcze pamięta w ogóle o Karolu Zaborowskim, który pod nieobecność Efforiego i przed zaangażowaniem Haditaghiego, a już po angielskim wyjściu Jarosława Mroczka próbował jakoś spiąć budżety, by przetrwać kolejny tydzień?
Zresztą, analogicznie wstrzymałbym się ze stawianiem pomników dla Haditaghiego. Człowieka, który faktycznie wszedł do polskiej piłki z drzwiami – bo tak trzeba nazwać pokrycie kilkudziesięciu milionów złotych zobowiązań, które na biurkach szczecińskich gabinetów leżały z dopiskiem “pilne”. Ale dobre wejście do rodzimego futbolu miał też Paolo Urfer, który budowę nowej Lechii Gdańsk zaczął od ściągnięcia do I ligi Luisa Fernandeza. Poza tym – kto, jeśli nie kibice Pogoni, miał się nauczyć w ostatnich miesiącach, że “jutro” to w piłce zazwyczaj kompletnie nowa opowieść? Mroczek był odpowiedzialnym dobrodziejem, fatalnym zarządcą, wnikliwym audytorem i niecierpliwym opychaczem towaru, a w międzyczasie jeszcze porywaczem i złotoustym twórcą oświadczeń. Effori był na przemian Panem Nilo, który niesie lepszą przyszłość i golasem, który doprowadzi klub do ostatecznego upadku. Haditaghi najpierw był wiarygodnym partnerem, potem krzykaczem, a wreszcie ratownikiem. I żadna z tych opowieści przecież nie kończy się zwycięstwem nad Puszczą – kolejne konteksty transakcji, przejęcia klubu, wszystkich zmian od majówki 2024 do majówki 2025, będą dopisywane na bieżąco przez kompletnie nieprzewidywalnego autora – polską piłkarską rzeczywistość.
A co wiemy już teraz?
Matematyka kontra futbol
Jesteśmy jeszcze przed półfinałowym meczem Ruchu Chorzów z Legią Warszawa, ale wiele wskazuje na to, że w finale Pucharu Polski Pogoń zmierzy się właśnie z ćwierćfinalistą Ligi Konferencji Europy, brązowym medalistą w ubiegłym sezonie, klubem, który zepchnął Pogoń z ligowego podium w rozgrywkach 2023/24 – co wraz z przegranym finałem Pucharu Polski uruchomiło szczecińskie domino zakończone radosnym tańcem Alexa Haditaghiego na trybunach w Niepołomicach. Sezon z czwartym miejscem i finałem Pucharu Polski gwarantował grę w Europie w większości spośród ostatnich kilkunastu sezonów – wyłamała się tylko Lechia w sezonie 2019/20. Pogoń w sezonie 2023/24. Legia w sezonie 2024/25?
Och, jakąż to potrawkę pichci dla nas ten pozbawiony litości, skrupułów i ograniczeń wyobraźni zastęp futbolowych bogów. Minęło dwanaście miesięcy i Pogoń znów może zająć czwarte miejsce, zagrać w finale Pucharu Polski, a finalnie zostać z niczym – bez trofeum i bez europejskich pucharów w kolejnym sezonie. Ale to przecież scenariusz, który na początku stycznia każdy wziąłby z pocałowaniem ręki. “Portowcy” w tamtym okresie modlili się o dalsze istnienie klubu, o to, by nie trzeba było znowu zakładać Pogoni Nowej, zwłaszcza, że Dariusz Adamczuk nie mógłby już pomóc na murawie. Marzeniem było spłacenie zaległości wobec piłkarzy i innych podmiotów, coraz głośniej dopominających się o należne im pieniądze. Dla kibiców Pogoni pewny, spokojny byt, nawet bez Europy, to pewnie żadna tragedia w kontekście traum, które przeżyli od maja 2024 roku do przelewów Haditaghiego kalendarzową wiosną 2025 roku.
Ale po drugiej stronie stoi dzielnie Legia Warszawa. Legia, która może skończyć na czwartym miejscu i w finale Pucharu Polski, ba, z ćwierćfinałem Ligi Konferencji u pasa, z dwumeczem przeciw Chelsea. Oraz bez europejskich pucharów w przyszłym sezonie.
Historia Pogoni Szczecin sama w sobie przywraca ludzkości wiarę – ani sztuczna inteligencja, ani najznamienitsi spośród pisarzy nie wykreśliliby takiego scenariusza, jaki napisało życie. Jesteśmy bezpieczni, życie wciąż ma gigantyczną przewagę i nad technologią, i nad wyobraźnią. Ale gdy dokładamy do tego aspekt Legii Warszawa?
Legia Warszawa Dariusza Mioduskiego znalazła się w chwili, gdy po ośmiu latach chłodnych, analitycznych, wręcz technokratycznych rządów, jej losy może wykoleić szalona piracka łajba ze Szczecina. Nie trzeba nikogo przekonywać jak wielką tragedią dla klubu – zwłaszcza jego działu finansowego – byłby sezon bez możliwości zarobkowania w Europie. Budowane w pocie czoła rankingi, kadra konstruowana latami, klub z dokręcanymi po kolei śrubkami, od Legia Training Center, po nowego dyrektora sportowego, wybranego spośród dziesiątek kandydatów. No dobrze, dość szyderstw z Legii, ale nawet dostrzegając jej wszystkie problemy – wciąż mamy przed sobą najbogatszy polski klub. Wciąż mamy największą bazę kibiców, wciąż mamy przed sobą pogromcę Betisu i Broendby, rywala Chelsea w boju o najlepszą czwórkę LKE. Nade wszystko zaś mamy ekipę, która istotnie była budowana latami, jako organizacja, jako instytucja. Ta Legia stoi u progu bitwy o to, by za moment nie znaleźć się w butach Pogoni ogrywanej przez Wisłę Kraków. Jestem przekonany, że w Legii występy w Europie w przyszłym sezonie były brane za pewnik. Zresztą, pewnie zarządzający Legią mieli większe prawo dopisywać sobie do budżetu wirtualne premie niż ich koledzy z Pogoni kilkanaście miesięcy wcześniej. Ale teraz walczą z Pogonią o Puchar Polski – jedyną przepustkę do Europy. Podium ligi jest już raczej nie do złapania. Wszystko zadecyduje się w Warszawie, 2 maja, przez 90, 120, albo trochę ponad 130 minut. Chyba że już w Chorzowie, dziś wieczorem.
Co to jest za historia, co to są za czary. Pogoń Szczecin odcięta od stryczka brawurowym strzałem rewolwerowca pędzącego galopem na tygrysie. A po drugiej stronie wytrwale budowana przez Dariusza Mioduskiego Legia – i to też tylko w przypadku przejścia przez Ruch.
Alex Haditaghi, który wszedł do polskiej piłki wraz ze swoją “dziewczyną ze Szczecina” i najbarwniejszymi oświadczeniami od lat, właściwie kończący ambitny projekt Dariusza Mioduskiego. Jest to wyświechtane, zdecydowanie nadużywane hasło: “jeśli X by nie istniał, należałoby go wymyślić”. Ale naprawdę, jeśli polska piłka by nie istniała, trzeba byłoby ją wymyślić. Problem polega na tym, że nie dostrzegam w historii naszej cywilizacji wraz z jej technologicznymi zdobyczami nikogo, ani niczego, co byłoby w stanie tego dokonać. I sztuczna inteligencja, i naturalna wyobraźnia, nawet pobudzona syntetycznymi środkami, poddałyby się mniej więcej na wysokości Eneko Satrusteguiego, w najlepszym wypadku po porwaniu Efforiego.
A narracyjny demon polskiej piłki dopiero przygotowuje dla siebie scenę na maj.
Komentarze