Lech Poznań, czyli niezdolność do budowy zespołu mistrzowskiego

Dopóki piłka w grze, matematyczne szanse... Lech Poznań jest w takim położeniu, że walkę o mistrzostwo Polski można już sprowadzać tylko do bon motów, których poznańscy fani nienawidzą. Wchodzi w doskonale znany kibicom Lecha etap sezonu - etap poszukiwania winnych oraz domyślania się tego, jaką tym razem wymówkę na porażkę znajdą sobie władze Kolejorza.

Piotr Rutkowski (Lech Poznan)
Obserwuj nas w
East News sp. z o.o. / Alamy Na zdjęciu: Piotr Rutkowski (Lech Poznan)
  • Lech Poznań znów robi wiele, by zostawić swoich kibiców na bagnach rozczarowania
  • Ten sezon pokazuje jasno, że władze Kolejorza mają ogromny problem z budową zespołu na miarę mistrzostwa Polski
  • Gdzie leży problem? W mentalności piłkarzy? W trenerze? A może klasycznie we władzach Lecha?

Lech Poznań – zespół na dobrą pogodę

Kojarzycie zapewne to, jak wygląda solidny zamek w drzwiach. Z jednej strony dziurka na klucz, w środku rygiel przesuwający się po odblokowaniu go przez tenże kluczyk. Niektóre drzwi zabezpiecza się nawet dwoma zamkami, nowoczesne systemy antywłamaniowe są jeszcze bardziej rozbudowane. Mechanizm zamka ma być solidny, mocny, trudny do sforsowania.

Lech Poznań z pozoru takim mechanizmem jest. Jedna z najdroższych kadr w Ekstraklasie, duży stadion z topową frekwencją, doświadczony trener, rozbudowany sztab, szereg ludzi pracujących na komfort zespołu. Lech to marka, na Lecha rywale się spinają. Problem jednak polega na tym, że to fasada. Mechanizm ryglujący, który jest absolutną podstawą zabezpieczenia zamka, jest stworzony z solonego paluszka. Wystarczy szarpnąć za klamkę, by prowizoryczny rygiel pękł.

Zobacz także: Publiczne wsparcie klubów sprzeczne z prawem (VIDEO)

Lechowi wystarczy strzelić gola. Owszem, nie jest to sztuka banalna, wszak to wciąż jedna z lepszych defensyw w lidze. Natomiast jeśli jako pierwszy obejmiesz prowadzenie z starciu z Kolejorzem, to możesz być już właściwie pewny zwycięstwa. Poznaniacy ANI RAZU w tym sezonie nie odwrócili losów spotkania, gdy pierwsi tracili bramkę. Jeśli przeciwnik strzelał na 1:0, to poznańscy kibice mogli właściwie opuszczać stadion lub wyłączać telewizor. Pozamiatane. Nic już tu się nie wydarzy.

I nie jest to problem, który tyczy się tylko tego sezonu lechitów. To bolączka, która trwa od lat i która zawsze wypływa w medialnych analizach, gdy Lech jest w gorszym momencie. W istocie jest również tak i teraz. Lech znów wychodzi na zespół, który jest dobry tylko wtedy, gdy idzie mu z górki. Jeśli otwiera wynik, to często rozwalcowuje rywali. Kolejorz na fali to pewnie najlepsza drużyna w kraju. Ale Kolejorz w problemach to zespół, który jest niezdolny do reagowania.

A wielkość drużyn rozpoznaje się właśnie wtedy, gdy mają problemy.

Tylko u nas

Tylko procentowe szanse

Model matematyczny Pawła Mogielnickiego z 90minut.pl daje w tym momencie Lechowi 3,5% szans na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Publikujący swoje wyliczenia na X Piotr Klimek daje poznaniakom nieco więcej szans – u niego to prawdopodobieństwo wynosi 7,6%. W obu przypadkach to naprawdę niewiele, a przecież ktoś mógłby spojrzeć na tabelę Ekstraklasy i rzec: toż to tylko pięć punktów straty do Rakowa, a do końca sezonu zostało jeszcze osiem kolejek!

Ale po pierwsze – w istocie to sześć punktów straty, bo Lech ma gorszy bilans meczów bezpośrednich od ekipy Marka Papszuna, zatem musi i tak nadrobić o oczko więcej.

Po drugie – tendencja w punktowaniu obu ekip jest zdecydowanie na niekorzyść poznaniaków. Lechici punktują jak ligowy średniak w 2025 roku. Raków z kolei jak murowany kandydat do mistrzostwa. Jedni tracą, drudzy odrabiają i przeganiają dotychczasowego lidera. W Lechu dobrze to już było, w Rakowie dobrze jest właśnie teraz.

źródło: 90minut.pl

Po trzecie – Lech właśnie znalazł się w tym okresie “złej pogody”. Kibice stracili cierpliwość, zaraz zacznie się skandowanie “Kolejorz grać, ku… mać” czy gwizdanie po słabych akcjach. Media już nie chwalą i nie cmokają nad maszyną demolującą Legię czy Jagiellonię. Ciśnienie rośnie w gabinetach. Zresztą najważniejsza w tej sprawie tabela rozgrywek nie jest już sprzymierzeńcem lechitów. Dobra pogoda minęła, czas wykazać się w okresie sztormu. A w takich warunkach – jak wiemy – Lech nie jest wybitnym marynarzem.

Oczywiście pamiętamy finisze sezonów 2015 i 2022. Lech wtedy gonił – odpowiednio Legię i Raków – wreszcie dogonił, przegonił i sięgnął po tytuł. Wtedy miał jednak u sterów Macieja Skorżę. I to jest zasadnicza różnica. Ale niezdolność do budowania zespołów mistrzowskich bez udziału Macieja Skorży jest być może jeszcze bardziej zatrważająca z poznańskiej perspektywy. Bo cóż to za klub z aspiracjami mistrzowskimi, skoro mistrzostwo potrafi dać mu tylko jeden człowiek?

Wskazać winnego

W Lechu pożaru jednak nie ma. W klubie wciąż jest wiara w to, że to mistrzostwo jednak można jeszcze zdobyć i nie ma co załamywać rąk. W gruncie rzeczy to przecież wciąż sport i totalne pozbawianie Lecha szans na tytuł byłoby nazbyt ryzykowne nawet przy swobodnej publicystyce.

Wkrótce trzeba będzie jednak wskazać winnego. Póki co przy Bułgarskiej trwają spotkania i rady dotyczące tego, jak z tego dołka wyjść. Zadawane są pytania “co nie gra?” i “dlaczego to się tak załamało?”. Odpowiedzi idą nieco dalej niż to, co na gorąco po meczu ze Śląskiem mówił Niels Frederiksen, który dość mocno spłycał temat do tego, że rywal po prostu był lepszy, a Lech nie grał tego, co sobie założył.

Rok temu łatwo było Lechowi wystawić zderzak do uderzenia w niego przez wściekłych kibiców. Mariusz Rumak kompletnie nie dźwignął odpowiedzialności za stawianie zespołu na nogi. Pogubił się, stracił szatnię, podejmował złe decyzje. Słowem – był głównym odpowiedzialnym za to, że lechici zaliczyli kompromitującą rundę. Dostał umowę tylko do końca tamtego sezonu, więc w banalny wręcz sposób można było go “poświęcić”, rzucając przed wściekły tłum.

A teraz? Tego samego z Frederiksenem zrobić nie można. I to z kilku względów. W klubie wciąż panuje przekonanie, że to jest po prostu dobry trener. Z wadami, niedostatkami, ale całościowo jednak dobry. Władze wierzą, że warto mu zaufać i można kontynuować tę współpracę nawet mimo braku mistrzostwa.

Być może nadszedł czas na to, by mocniej rozliczyć piłkarzy za boiskowe niepowodzenia? To temat, który wraca chociażby przy kryzysach reprezentacji Polski. Kadra Kolejorza przeobraża się, ale wciąż wielu z tych graczy nosi na sobie piętno przegranych sezonów, wtop pokroju tej z Resovią czy Spartakiem Trnawa, przegranych walk o mistrzostwo… Może nie jest to skala porażki, jak przy słynnych “X-manach”, gdy Lech zrobił kompletne czystki w kadrze i pożegnał się z piłkarzami wiecznie przegranymi. I choć sprawczość trenera oraz władz jest duża, to ostatecznie po boiskach biegają zawodnicy.

Oczywiście każdy wybór winnego – trener, asystenci, zawodnicy, skauting, dyrektor sportowy – ostatecznie można sprowadzić do problemu głównego, czyli władz Kolejorza. Wszak ostatecznie to Piotr Rutkowski zatrudnia tych ludzi. To on wytycza szlak. On również nadaje pewną kulturę pracy w klubie. Latem właściciel i prezes Kolejorza grzmiał, że jego też porażki irytują (użył tu akurat słowa mocniejszego), że straty w klubowej kasie to też straty dla niego samego, że on czuję frustrację jak każdy inny kibic. Wskazywanie jako winnego samego Rutkowskiego jest trochę pójściem na łatwiznę, ale też nie można odebrać sensu tej logice. Jednak Rutkowski może ripostować i pytać: – No dobrze, ale co ja więcej mogłem zrobić? Transfery były, węża w kieszeni nie miałem, trenera sami żeście chwalili…

POLECAMY TAKŻE

Jaki spin medialny obierze Lech?

Załóżmy jednak scenariusz, że Lech nie zdobywa mistrzostwa, ale też nie dochodzi do kataklizmu i lechici zajmują miejsce premiowane pucharami. Będzie wściekłość w Wielkopolsce – wszak mistrzostwo było na wyciągnięcie ręki (Lech był liderem przez większość sezonu, Jaga i Legia grał w pucharach, Rakowowi można było odjechać na półmetku sezonu). Nie wykluczam, że na finiszu sezonu pojawią się okrzyki, że ten i tamten mają klub opuścić. Być może gdzieś z kibicowskiego magazynu trzeba będzie wygrzebać transparent złożony z trzech słów, gdzie pierwsze słowo to “mamy”, a trzecie to “dość”.

Najbardziej intryguję mnie przy takim scenariuszu to, w jaki spin medialny pójdzie Lech. Kolejorz jest klubem, który przygotowuje sobie politykę medialną na gorące okresy. Latem do mediów wyjdą prezesi Klimczak i Rutkowski, pewnie wyjdzie dyrektor Rząsa, potencjalnie również szef skautingu Jacek Terpiłowski, spodziewać się możemy również trenera Frederiksena. Jaką narrację zastosuje Lech?

W zeszłym roku padało wiele słów o tym, że po fatalnym zeszłym sezonie “skończył się margines błędu”. To zdanie padało w KAŻDYM wywiadzie udzielonym przez władze Kolejorza, więc można przyjąć, że taki spin medialny ustalono wewnątrz klubu. W gruncie rzeczy był to przekaz dość spójny. Opierał się na przyznaniu do błędów, dzielił poczucie frustracji przegranym sezonem, podsycał nadzieję wokół nowego trenera, podkreślał reorientację taktyczną wobec “speed footballu”, a jednocześnie – przy braku zwolnień na kluczowych stanowiskach – starał się zaspokoić potrzebę rozlewu krwi. Niejako odkładał ten rozlew w czasie. “Koniec marginesu błędu” był pogrożeniem palcem na przyszłość. “Jeśli ten sezon nie wypali, to już na pewno wywalimy tamtego i siamtego, jak chcą kibice”.

Ale jaką narracją będzie karmiony kibic Lecha teraz, gdy Kolejorz po mistrzostwo nie sięgnie? Widzę kilka możliwości, na które poznaniacy mogą wpaść. Ta oczywista: taki jest sport, nie zawsze wygrywasz, choć robisz wiele, by wygrać. Przed pójściem w tę stronę jednak władze Lecha ostrzegam. I to z prostej przyczyny. Poziom irytacji kibiców jest na tyle duży, a zaufanie wobec was na tyle małe, że rzucając “słuchajcie, taki jest sport…” jeszcze mocniej ich do siebie zrazicie.

Narracja numer dwa zakłada, że ktoś zostanie rzucony lwom (kibicom) na pożarcie. Trener? Raczej nie. Dyrektor sportowy? Szef skautingu? Może. Sam właściciel? Nie ma na to żadnych szans po rozmaitych deklaracjach o tym, że “rodzina Rutkowski będzie tu przez następne 20-30 lat”. Latem padły nawet z ust Rutkowskiego słowa, że będzie przy Lechu długo, a po nim biznes przejmie być może i jego syn. Zatem biorę pod uwagę, że jeśli skala irytacji ze strony kibiców będzie zbyt duża, to Lech rozstanie się np. z Tomaszem Rząsą, choć zrobi to bez większego przekonania, bo Rutkowski ceni swojego dyrektora sportowego.

Trzeci wariant? Stanięcie z podniesioną przyłbicą wobec wściekłego tłumu, posypanie głowy popiołem, solidna obietnica poprawy i… brak zmian strukturalnych. Jestem w stanie wyobrazić sobie Piotra Rutkowskiego, który broni jak lew swoich podwładnych, przedstawia awans do pucharów jako połowiczny sukces, zapowiada letnie transfery, pokazuje ten sezon jako etap pewnej drogi Kolejorza i idzie z tym w kolejny rok. Gdzieś tam będzie musiał się wić, że może część transferów nie wypaliła, że z mentalnością coś jest nie tak, ale będzie w tej narracji podkreślał lechowe pozytywy.

Kibice tego nie kupią, ale… czy będą miel inny wybór, niż żyć nadzieją na to, że kolejny sezon będzie lepszy? Na bojkot aż tak źle nie jest. Przerzucenie się na Wartę w grę nie wchodzi. Chłodna kalkulacja władz Lecha może ich pchnąć właśnie w stronę tej trzeciej narracji. Wszak co kibicowi zostanie? Łudzić się, że słowa Bogusława Leśnodorskiego o “tych gościach, którzy ciągle się uczą” zamienią się w stan dokonany.

Komentarze